środa, 6 kwietnia 2016

Jak dotrzeć do Bordeaux w trzy dni i uniknąć zamachów w Brukseli?


Tytuł tego posta ma charakter ironiczny, bo podróż do Bordeaux, oddalonego od mojego miejsca zamieszkania o około 1800 km. w żadnym wypadku nie powinna zajmować trzech dni! Dlaczego więc u mnie tyle to trwało?  Już opowiadam. Razem z siedmioma osobami z uczelni dostaliśmy  się na dwutygodniowy staż do Bordeaux. Jako środek transportu postanowiliśmy wybrać samolot, bo to przecież takie szybkie i bezpieczne. Upchnęliśmy wszystkie potrzebne rzeczy w bagaże podręczne i ruszyliśmy w drogę!

Dzień 1
Mieliśmy w planach lot z Berlina, z przesiadką w Brukseli. Wyobraźcie sobie, że przeszliśmy odprawę, czekamy na samolot do Brukseli, aż tu nagle jedna z koleżanek dostaje sms od linii EasyJet, że nasz następny lot (z Brukseli do Bordeaux) jest odwołany. Co robić, lecieć czy nie lecieć? Po chwili namysłu uznaliśmy, że lecimy. Najwyżej trochę tam poczekamy i będzie następny lot. Myliliśmy się, następnego nie było! Po dotarciu do Brukseli okazało się, że tego dnia wszystkie loty do Francji są odwołane, z powodu strajku kontrolerów. Na lotnisku nie było biura EasyJet, a Pani w informacji powiedziała tylko, żebyśmy sobie przebukowali   loty na następny dzień przez Internet, bo i tak nic dzisiaj nie poleci. Internet  był limitowany i można było z niego korzystać tylko przez dwie godziny. Strona Easyjet  była przeciążana, a infolinia wiecznie zajęta. Gdy w końcu udało nam się cudem przebukować loty, przypomnieliśmy sobie, że przecież musimy gdzieś przenocować. Pani w okienku łaskawie podała nam stronę na której trzeba było się zalogować i czekać na informacje o przydzieleniu hotelu. Czekać, czekać, czekać… Od 5 rano na nogach, zestresowani czekaliśmy w nadziei na nocleg. Właściwie szykowaliśmy się już na noc na lotnisku, lecz w końcu ok. 19 dostaliśmy sms-y z informacją o zakwaterowaniu. Wsiedliśmy w busik i pojechaliśmy. Na miejscu czekał na nas całkiem ekskluzywny hotel, z tym, że bez wyżywienia. Na szczęście udało nam się zamówić pizzę i opróżnić mini-barek.


Dzień 2
Z samego rana, wyspani, wykąpani, gotowi do wyjścia dostajemy kolejną informację od EasyJet. Lot odwołany! Mało tego, wszystkie loty do Francji zawieszone do końca tygodnia! Chciało nam się płakać, ale nie poddaliśmy się. Wyjścia były trzy: wrócić do Polski, spędzić tydzień w hotelu na obrzeżach Brukseli (tracąc tydzień stażu i pieniądze) lub… pojechać do Bordeaux autokarem. Wybraliśmy trzecią opcję. Kupiliśmy bilety na Flixbusa, który miał odjazd o 3:10 w nocy.  Mieliśmy więc cały dzień na nieplanowane zwiedzanie Brukseli. Miasto choć piękne, nie wywarło na mnie dobrego wrażenia, może dlatego, że wcale nie chciałam tam być, a może dlatego, że  miało ponurą aurę. Niby Stolica Europy, a na ulicach  pełno żebrzących ludzi różnych nacji ( przy czym spora część to Polacy). Po za tym po mieście chodzili żołnierze z karabinami, i jeździły samochody pancerne, które po zmroku gdzieś poznikały. Wieczorem ulice były pełne śmieci i  podejrzanych typów, że aż strach było skręcić w boczną uliczkę. W związku z tym, około 22 udaliśmy się na dworzec, sprzed którego odjeżdżał bus. Tam spędziliśmy kolejne 5 godzin grając w kalambury i rozgrzewając się winem, z czego dwie godziny na zewnątrz bo dworzec zamknęli o 1.  Autobus na szczęście przyjechał na czas.

Kilka zdjęć z Brukseli:








Dzień 3
Trzeci dzień spędziliśmy w drodze do Paryża, gdyż stamtąd mieliśmy szybką przesiadkę do Bordeaux. Z rana, obudziły nas telefony od znajomych i rodziny, z pytaniem czy żyjemy. Nie mieliśmy pojęcia, że dosłownie trzy godziny po naszym odjeździe, terroryści zaatakowali lotnisko, a później inne miejsca w Brukseli. To był  szok. Oszukaliśmy przeznaczenie! Przecież gdyby nie to, że strajki się przedłużyły, pewnie byśmy tam byli. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Po 12 godzinach jazdy autokarem, dotarliśmy do upragnionego Bordeaux, gdzie czekało nas jeszcze więcej przygód (dalsze przygody były już dużo przyjemniejsze i opiszę je w kolejnych postach).

Plac Victoire w Bordeaux

Powrót
Po dwóch tygodniach spędzonych w malowniczej Akwitanii, powrót miał być spokojny, bez przesiadek, prosto do domku. W przed dzień odlotu, nauczeni doświadczeniem sprawdziliśmy informacje o locie. I co?  Lot opóźniony o około 7 godzin. Znowu ta sama historia, a u niektórych nawet histeria! Zadzwoniliśmy na lotnisko, gdzie powiedzieli nam, że nic im na ten temat nie wiadomo i lot odbędzie się planowo. Wstaliśmy więc o 5 rano i pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że lot niestety nie odbędzie się planowo. Mieliśmy już wprawę w czekaniu, a dodatkowo dostaliśmy vouchery na jedzenie więc czas szybko minął. Co jeszcze mogło nas spotkać? Przy odprawie piszczała mi bramka i zabrali mi moje Foi gras. Trzem osobom z grupy nagle nie mieścił się bagaż i musieli go oddać do luku, a jednej koleżance nie wczytywał się bilet, i zmienili jej miejsce w samolocie. Później było tylko trochę turbulencji, aż w końcu... dolecieliśmy! 

Chyba teraz wiem dlaczego niektórzy klaszczą po lądowaniu. 


PS.  Zdjęcia, które tu widzicie ( i zobaczycie w kolejnych postach) to mieszanka zdjęć mojego autorstwa, ze zdjęciami wybitnego fotografa Macieja, który zgodził się podzielić swoją twórczością. ;)


6 komentarzy:

  1. Niezłe przygody! Dobrze, że wszystko się dobrze skończyło!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnóstwo wrażeń, całe szczęście że dolecieliście cali i zdrowi! Tę wycieczkę będziecie chyba wspominać do końca życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj będziemy, takie przygody dużo uczą. ;)

      Usuń
  3. Po więcej zdjęć zapraszam na insta! @vvickd :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ojej podróż pełna przygód! mam nadzieje ze mój dziewiczy lot do Francji będzie spokojny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeprowadzasz się już, czy tylko w odwiedziny? ;) Na pewno będzie dobrze!

      Usuń